***

Dziecko też człowiek. Ma prawo do lepszych czy gorszych dni… ale jak sobie radzić, gdy (delikatnie mówiąc) przegina?!

Ledwo to, to roczek skończyło, a już jakieś bunty przechodzi. Regularnie testuje (już i tak lekko zachwianą) matczyną cierpliwość, sprawdza na co może sobie pozwolić, nie akceptuje zakazów, a już nie wspomnę ile trudu i energii pochłania przebranie lub przewinięcie :/ Nie mam już czasami sił na tego urwisa. Winę zwalam poniekąd na ząbki i brzydką aurę. Zresztą przeczytajcie sami ;)

Sytuacja 1:

Przygotowuję w kuchni przekąski dla synka, ale niepokojąca cisza w drugim pokoju zaczyna mnie interesować. Skradam się na paluszkach i widzę Malucha grzebiącego tymi swoimi malutkimi paluszkami przy dekoderze. Gdy ten spostrzega moją obecność zaczyna się bezczelnie śmiać i popychać cały sprzęt, tak by spadł ze stolika. Mówię lekko podniesionym głosem, że nie wolno. Próbuję nawet metody superniani Zawadzkiej i podchodzę do synka, kucam, żeby twarz i oczy mieć na wysokości jego twarzy. Próbuję tłumaczyć, że prąd, że niebezpieczne, że tata zły bo mu się programy nie nagrywają. Ale szkrab jest nieugięty, nawet na mnie spojrzeć nie chce. Tłumaczę sobie, że może jeszcze za mały na takie metody, więc zwyczajnie biorę go na ręce i sadzam przy zestawie zabawek. Zabawiłam i wróciłam do kuchni. Po 10 sekundach słyszę jak Maluch wali łapkami po ekranie telewizora. Z uśmiechem i zadziorem na twarzy wciska przyciski przy dekoderze, a nawet schylił się do dolnej półki i zaczął męczyć przyciski przy DVD. Ręce opadają… ale my się nie poddajemy i uparcie synka od strefy telewizyjnej próbujemy odciągać :)

Sytuacja 2:

Zrobiłam duże pranie jasnych ciuchów. Miskę pełną świeżo wypranych ubrań położyłam sobie na ziemi, znaczy na trawniku. Maluszek zajęty zabawami w piaskownicy (czytaj wysypywaniem piasku z piaskownicy na trawnik), zdaje się, że nie interesuje go co robię. Biegnę po klamerki, które zostały w kuchni i przelotem krzyczę do synka: mamusia zaraz wróci! Wracam po minucie, może dwóch (na szybcika postanowiłam coś przekąsić) i widzę, jak mój urwis bawi się rozsypanymi po całym podwórku ubraniami. Żeby nie było… dzień wcześniej padał deszcz, ziemia trochę nasiąkła, błotko było tu i ówdzie, a przede wszystkim na moim czystym praniu :/ A wiecie co jest najgorsze? Zamiast znów upominać Szkraba, zaczęłam się śmiać… z jego radosnej i jednocześnie niewinnej minki :)

Sytuacja 3:

Każdego ranka już tak mamy, że po śniadanku sadzamy Maluszka na nocnik w celu wyprodukowania tego tamtego… no kupki ;) Po udanej akcji Mały był przewijany i przebierany z piżamki, bez problemów. Od kiedy zaczął chodzić sprawa wygląda troszkę inaczej. Synek na widok pieluszki ucieka :) Jako że wiem, że jest świeżo „po”, to pozwalam mu na bieganie po domu z gołą pupą. Kilka minut nie zaszkodzi, a skóra troszkę się przewietrzy :) Ale jak już przyjdzie do zakładania pieluszki… wtedy zaczyna się jazda. Wykręcanie się i przekręcanie, płacz jakby go rozrywali, prostowanie nóżek i walenie nimi o podłogę… wszystko byle bym nie założyła pieluszki. Mama jednak za wygraną nie daje i wymyśliła sposób na szybsze i bezbolesne dla obu stron zakładanie pieluchy. Może to żaden pomysł, ale podzielę się z Wami, może komuś to również ułatwi życie :)

Biorę świeżego pampersa i sklejam napki w rękach. Każdy z nas mniej więcej wie, na jakich odległościach zapina w normalnych okolicznościach pieluchę. Tak więc sklejam napki i w ten sposób tworzą mi się pampersowe majteczki, które tylko przekładam przez jedną, później przez drugą nóżkę, naciągam na pupę i gotowe. Maluch zazwyczaj bawi się w tym czasie stojąc przy stoliku i nawet nie zwraca uwagi, że właśnie został zapieluchowany :)

Gorzej z patentem na ubieranie. Tu po prostu muszę wysłuchać swoje. Płacz, marudzenie, ogólne niezadowolenie ze zmiany garderoby towarzyszą nam już od dobrych kilku tygodni. Dobrze, że Maluch daje jeszcze jakoś się zagadać i kiedy pokazuję mu lampę na suficie, zaczyna się nią interesować, a ja szybko go ubieram :)

Sytuacja 4:

Ostatnia, choć pewnie mogłabym jeszcze wymieniać i wymieniać.

To musi być ząbkowanie, bo inaczej nie potrafię wyjaśnić zachowania Malucha w nocy. Niestety zdarza mi się (tak jak większości mam) nie wyspać, a na drugi dzień wyglądać jak zombie. Od kilku nocy Szkrab śpi bardzo niespokojnie, wierci się po całym łóżku, nie może znaleźć sobie miejsca ani dobrej pozycji do snu, gada coś przez sen, jęczy i stęka. On śpi, a ja nie. Nie potrafię zasnąć, gdy słyszę odgłosy dobiegające z jego łóżeczka, mam wrażenie, że coś mu się dzieje lub dolega i nie potrafię zmrużyć oka. Nawet całą noc. O 6.40 Mały budzi się wyspany, rześki i gotowy do zabawy, a ja umieram i oczy mam na zapałki.

Nikt nie powiedział, że rodzicielstwo to bułka z masłem. Są dni, kiedy dziecko testuje naszą cierpliwość do granic możliwości, że ręce opadają i że chce się wyjść z domu trzaskając drzwiami. Jednak są też takie dni (większość), kiedy uśmiech, radość i nieopisana miłość bijące od naszych pociech wynagradzają cały trud związany z wychowywaniem. Dla tych chwil warto żyć…

A jak Wy sobie radzicie, kiedy Wasze dziecko/dzieci wystawia Waszą cierpliwość na próbę? Macie jakieś sprawdzone sposoby? ;)

Pozdrawiam,